Wiersze Sybiraka Rafała Paszka

O autorze

Rafał Paszek - urodzony 8 czerwca 1935 r. w Mikoliszkach. pow. Oszmiana. woj. wileńskie, syn Józefa (gajowego) i Tekli, do czasu deportacji zamieszkał w Turcianach. pow. Oszmiana, woj. wileńskie. 10 lutego 1940 r. deportowany z rodziną do Rudnik Rietiwa, rejon Samarskoje, obłast Wschodni Kazachstan.

img00740.jpg

Z zesłania powrócił do Polski w czerwcu 1946 r.

Wschodni Kazachstan
Chciałem przybliżyć sobie i innym,
Co przechowała pamięć ulotna
Z miejsca, na którym mnie umieściła
Historia polskich dziejów przewrotna.

Wschodni Kazachstan. Obłast radziecka,
Dokąd zostałem deportowany
I gdzie spędziłem swe młode lata.
Kraj mgłą tajemnicy dla mnie owiany.

Osiedle - wokół góry i skały,
Między górami wije się rzeka.
Jest kilka mostów, kładek i przepraw,
Woda - czystością nurtu urzeka.

Droga przecina zakola rzeki,
Jeśli choć skrawek znajdzie doliny.
Przy niej powstały domki, baraki,
Po niej w las jadą wołów drużyny.

Niektóre domki zawisły wyżej,
Wykorzystując łagodne stoki,
Lub pozostałe - po wydobyciu
Żyły rud złota- skalne uskoki.

Ludność osiedla - to przesiedleńcy,
Związani głównie z rud wydobyciem.
Gdzieś na obrzeżach, kazachskie klany
Też pretendują do chęci życia.

„Rudnik” ma szkołę i mini szpital,
Sklepik, gdzie rację chleba przyznaną,
Lub inny towar wykupić można.
Ma też świetlicę „Klubem” tu zwaną.

Jest elektryczność, woda źródlana,
Na kilku słupach wiszą głośniki,
Które co pewien czas informują,
Jakie osiąga armia wyniki.

Z flory niewiele zapamiętałem.
Sądzę, że była przeto uboga.
Klimat przestrzegał czterech pór roku.
Lato upalne, zima zaś sroga.

Z fauny najlepiej poznałem – ptaki.
Stałem się niemal ornitologiem.
W rozpoznawaniu ich przyzwyczajeń
Żadna przeszkoda nie była progiem.

Gdzieś w perspektywie granic „rejonu”
Są osadzone małe kołchozy.
W ramach wymiany można z nich przynieść
Mąkę, sól, zboże lub ochłap z kozy.

Ludność osiadła raczej życzliwa,
Chociaż w momencie nas „dostarczenia”
Władza podjęła perfidną próbę
Nas wzajemnego z sobą skłócenia.

No a Polacy? Jak to w rodzinie.
Jak w różnorodnej etnicznej grupie.
Jednak się zawsze znajdzie „prowodyr”,
Który Polaków utrzyma w kupie.
Wspomnienia Wigilijne I
Ponieważ już czuję,
Że dzień ten nadchodzi,
Gdy ciszą minuty
Zostanie uczczona,
Opowiem Wigilię

W uczuciach mieszaną,
Gdy Jezus się rodzi,
A bliski ktoś kona.

Rok czterdziesty pierwszy,
Syberyjska zima,
Wokół tylko drzewa
I kilka baraków.
Zbliża się wigilia,
Zima mrozem trzyma.
Nadzieja zaś trzyma
Przy życiu Polaków.

Stół. Przy stole babcia,
Mama, ja i Bolek.
Na pryczy pod ścianą
Mała Dela leży. Jest umierająca,
Nie ma na to rady.
Nawet w taki wieczór
W cuda nikt nie wierzy.

Na stole różaniec,
Pod obrusem sianko,
Zupa z kilku krupek,
Cztery kromki chleba
I z chleba przez Babcię
Zrobiony opłatek,
Którym w jakiś sposób
Podzielić się trzeba.

Po złożeniu życzeń
Wzajemnych przy stole,
Zostały złożone
Życzenia Adeli.
Nie zdrowia, nie szczęścia,
Nie długich lat życia,
Lecz by ją do nieba
Aniołkowie wzięli.

Każdy jej przykładał
Do ust rozpalonych
Okruchy opłatka,
Całował w policzek
Mizerną kruszynę
I składał życzenia,
Trzymając za rączkę
Chudą jak patyczek.

Łzy same kapały
Żalem mocząc buzię
Rok temu pyzatą,
Dziś kostki pod skórą.
I trudne pytanie,
Z kim przegrano walkę
O życie Adeli,
Z Bogiem czy z naturą?

Po krótkim posiłku
Ktoś pierwszy zanudził
„Gdy się Chrystus się rodzi”,
Potem „W żłobie leży””
I wszyscy wiedzieli,
Że z dwuletnią Delą
Nie spędzą już razem
Następnej wieczerzy.

Przy dalszych kolędach
Półgłosem nuconych
Widziałem jak Dela
Poruszyła głową
I usta cichutko
Wyszeptały „mamo”
I było to w życiu
Jej ostatnie słowo.

Lecz bólu nie było,
Norma wyczerpana.
Z bólem tak jak z tajgą,
Rozważnym być trzeba.
Jutro jest dzień pracy,
Normę trzeba zrobić,
Żeby na przeżycie
Mieć kawałek chleba.

Dziś już śmierć nie boli.
Jedynie świadomość
Niemocy przy życiu
Utrzymania siostry.
Jej grób zagubiony
Gdzieś na skraju tajgi,
Przy każdej Wigilii
Zadaje ból ostry.
Wspomnienia wigilijne II
Kto tego nie przeżył,
Nie zaznał naj… naj…
Kto tego nie przeżył
Nie miał szczęścia zadość.
Nie wie, co to niebo,
Nie wie, co to raj,
Gdy smutek bez granic
Przemienia się w radość.

Republika Komi,
Własność Kraju Rad.
Na stole wieczerza,
Galowy strój w łaty,
Śpiew kolęd, po cichu,
Tych samych od lat.
Z tą tylko różnicą,
Że nie ma dziś Taty.

Zabrali go w czerwcu,
Innych kilku też.
Pognali przez tajgę
W nieznanym kierunku.
Nie miały znaczenia
Żon strumienie łez.
Dla „wrogów narodu”
Nie było ratunku.

Pędzili pod bronią,
Przepadł po nich ślad.
Na liczne pytania
Żadnej odpowiedzi.
Jeśli jeszcze żyje,
To w wyniku zdrad
Ktoś ma kromkę chleba
A on w „turmie” siedzi.

Wigilię czas kończyć,
Kolęd śpiewu dość.
„Obfita” wieczerza
Spożyta w całości.
I wówczas w drzwiach stanął
Nieproszony gość.
Maszkara, w łachmanach
Kryjąc swoje kości.

Najpierw przerażenie,
Co to stoi w drzwiach?
Brudne, zarośnięte,
Odmrożone uszy.
Przyodziany w zimie
Jeszcze w letni łach.
Czemu to to stoi?
Kiedy to się ruszy?

Kiedy się odezwie?
Niechby sobie siadł.
I nagle mamusia
Krzyknęła Bazyli!
On zrobił dwa kroki
I na ziemię padł.
Nie było więc końca
Pamiętnej wigilii.

Tatuś się odnalazł
I to w taką noc,
Jak musiał nas kochać?
Jak tęsknił za nami?
Jak silny był duchem?
Jak wielką miał moc?
I teraz zaczęto
Zalewać się łzami.

Odniosłem wrażenie
Jakby przez ten próg
W postaci Łazarza
Przeszła taty dusza,
Którą później w ciało
Opakował Bóg,
By razem się cieszyć
Z narodzin Jezusa.
Kukiełka
Ze mną do klasy chodził Kukołka
Po polsku znaczy kukiełka.
Kazachem będąc, często się chwalił,
Że ma polskiego orzełka.

Kilkakroć nawet nam pokazywał
Ten swój talizman bezcenny.
Nawet podobny do naszych orłów.
Ale w szczegółach odmienny.

Mieszkał w kwaterach razem z Ruskimi,
Nie mógł więc być autochtonem.
Mniemam, że ojciec był urzędnikiem,
Mając Rosjankę za żonę.

Był dość wysoki, jak na Kazacha,
Przy tym nad wyraz przekorny.
Lgnął do Polaków jak „chwos do rzepu”,
Bawiąc się bywał zadziorny.

Obcując z nami prawie dwa lata
Zgłębił języka tajniki.
Mówił po polsku, myślał po polsku,
Przyjął też polskie nawyki.

Toteż, gdy poznał dokładnie datę
Kiedy wracamy do kraju,
Przestał przychodzić bawić się z nami,
Jak miał dotychczas w zwyczaju.

Przyszedł dopiero tuż przed wyjazdem,
W roli zaiste diabełka.
Kusząc, by zabrać jego do Polski,
Odda nam za to orzełka.

Po akceptacji został przemyślenie
Upchany między bagaże
I wkrótce ruszył z nami do Polski,
Oglądać złudne miraże.

Lecz już na pierwszym krótkim postoju
Kogoś dopadła chęć zdrady.
Został odkryty zbieg wśród pakunków
I wrócił do swej osady.

Gdzieś po 40 latach być może
Gdy rozważałem wspomnienia,
Spytałem matkę, czy przypomina
Tamte z Kazachem zdarzenia?

Chwila skupienia. A gdy przestała
Przesuwać kulki różańca,
Kiwając głową odpowiedziała
„On był prawnukiem zesłańca”.

Wtedy pojąłem skąd miał orzełka
Nie znając swoich korzeni.
Czemu lgnął do nas, do polskich dzieci?
Czas bowiem genów nie zmieni
Wyrzuty sumienia
Kumpel mój, Kola, syn naczelnika
Osady zwanej Rietiwa,
Stuprocentowy Rosjanin z duszą,
W myślach mych często przebywa.

Jego rodzinie matka zawdzięcza
Brak w Kazachstanie mogiły,
Z której by resztki jej egzystencji
Tęsknie na zachód patrzyły.

Byliśmy kumple myślą, nie czynem,
Wiecznie skłóceni słowami.
Wciąż obrażeni na siebie wzajem
Wzburzonych uczuć wirami.

Mimo to byłem nim urzeczony,
Ceniąc w nim zwłaszcza prostotę,
Bywało dzielił się ze mną chlebem,
Widząc, że mam nań ochotę.

Nie wiem, czym ja mu imponowałem,
Byłem przeciętnym chłopakiem.
Może to jego wartościowało,
Że się przyjaźni z Polakiem.

W chwili wyjazdu, żegnając Kolę,
Chciałem coś dać „ku pamięci”.
Chciał dostać piórnik, lecz ja nie miałem,
Garnki wszak lepią nie święci.

Więc mu przyrzekłem, gdy tylko dotrę
I się oswoję ze stresem,
Kupię mu w Polsce wspaniały piórnik
I prześlę zaraz ekspresem.

Myśl o tym wpędza mnie w przygnębieni,
Czuję się podle, nie kryję,
Bo obietnicy danego słowa
Nie dotrzymałem, choć żyję.

A przecież mogłem mu wysłać kilka,
I to o różnej budowie,
Bo w poniemieckich pustych już domach
Tego walało się mrowie.

To, co odczuwam, zwane być może
Przez ateistę - wspomnieniem.
Ja się przychylam do wierzącego,
Że to wyrzuty sumienia.

Ponieważ nie mam komu się zwierzyć,
Do Ciebie zwracam się, Boże.
Zechciej wysłuchać, daj rozgrzeszenie,
Ale czy to mi pomoże?
Okruchy chleba
Chleba mi okruch spadł na podłogę.
Proszę go podnieść, słyszę babci głos.
Pytam, dlaczego? I zgiętą nogą
Chciałem go kopnąć tam, gdzie stoi kosz.

Lecz mimo woli podniosłem oczy.
W połowie drogi zamarł nogi ruch.
Widzę u babci, jak łza się toczy,
Jedna za drugą po policzkach dwóch,

Okruch podniosłem. Babci podałem.
Niczym opłatek wzięła do ust.
Takiego gestu nie rozumiałem.
Śmieszny ta babcia ma w jedzeniu gust.

Ale po latach, gdym dojrzał nieco,
Spytałem babcię o jej tamten gest.
Bo niepojętą jest dla mnie rzeczą,
W takich okruchach jakaż świętość jest?

Spojrzała na mnie jak na grzesznika,
I gdzieś w przestrzeni swój utkwiła wzrok.
Jakby szukała stron pamiętnika,
W którym spisała każdy z zsyłki rok.

Chleb-rzekła, wtedy był w cenie złota.
Normę stanowił każdy chleba gram.
Czarny zakalec z lepkiego błota
Lub inny wypiek, smak życia miał tam.

Z wodą zbełtany - miał nazwę zupy,
Ssany w kawałku - sam cukier krył.
Drobno kruszony - udawał krupy,
Suszony w kromkach - snem bogactwa był.

Myślą o chlebie żyłam dnie całe.
O chlebie miałam każdej nocy sen.
Duże kawałki, okruszki małe
Chodziły za mną uparcie dzień w dzień.

Zatem się nie dziw, mój młody Panie,
Że czcić go będę, dokąd starczy sił.
Nośnikiem życia dla mnie zostanie
Nie tylko okruch, nawet z niego pył.

Babcia umilkła, w rękach twarz skryła,
A ja pojąłem mając jadła w bród,
Że w Europie jest taka siła,
Dla której w walce orężem jest głód.
Zbieżność dat
Prolog
Na Wileńszczyźnie w latach trzydziestych
Małżeństwu z dzieckiem żyło się miło.
Zanim za sprawą „Kata Narodów”
Nie odebrano im szczęścia siłą.

Historia
A było to tak. Był rok czterdziesty.
Luty ciął mrozem. Jeszcze przed brzaskiem
Dwóch mundurowych i cywil z gminy
Wpadło do domu z krzykiem i wrzaskiem.

Ojciec pod ścianą, broń wymierzona,
Matka w toboły wypełnia sanie,
A cywil czyta o przeprowadzce.
Świat jeszcze nie wie, że to zesłanie.

Przejazd na stację i do wagonów,
Mocno cuchnących bydlęcym smrodem.
Jazda przez miesiąc w brudzie i z wszami,
Bez pożegnania z własnym narodem.

Dwa lata później. Były gajowy,
Już jako górnik z kopalni złota,
Z wojskiem Andersa trwale umyka
Spod panowania sierpa i młota.

Monte Cassino. Dwukrotnie ranny.
Po rozwiązaniu Armii Andersa,
W czterdziestym siódmym wraca do kraju.
Jest to historii odsłona pierwsza.

I było też tak. Czterdziesty ósmy
I miesiąc luty. Na Odzyskanych
Ziemiach Zachodnich, dwóch mundurowych
W drzwi waląc kolbą budzi zaspanych.

Długa rewizja. Ojciec pod ścianą.
Matka przytula syna do siebie.
Zakaz rozmowy. Matka w modlitwie
Szuka ratunku u Boga w niebie.

Koniec rewizji. Wyprowadzenie
Ojca w kajdankach. Bez pożegnania.
Syn łzy ociera, Matka w rozpaczy
Pyta o miejsce jego zasłania?

Po sześciu dobach wraca do domu.
Szpiegiem nie został „Churchilla sługa”.
Uniknął tortur w ubeckim stylu
I to historii odsłona druga.

Epilog
Mimo że ojciec żył jeszcze długo,
Nie mógł się znaleźć w rzeczywistości.
Pytał, dlaczego wrócił do kraju
O zakłamanej niepodległości?

Odpowiedź prosta: po prostu wiedział,
Że musi chronić przed zła atakiem
Bliską rodzinę. Po drugie sądził,
Że Polak w Polsce będzie Polakiem.
Nad grobem Matki
Mateczko kochana,
Stojąc nad twym grobem,
Zdałem sobie sprawę,
Jakim jestem snobem.

Dzisiaj mi się jawi
Obraz Twojej doli,
Z naszej egzystencji,
Żyjąc w półniewoli.

Kiedy Ty, kobieta
Mizernej postury,
Wątła, schorowana,
Gnałaś miedzy góry.

Wykaszając dla kóz
Polany i łąki,
Lub z kołchozu niosąc
Na plecach wór mąki.

Widzę, jak na zboczach
Zbierając gałązki,
Schodziłaś ugięta
Pod ciężarem wiązki.

Jak deptałaś boso
W formach kóz odchody,
Jak rąbałaś sama
Często, grube kłody.

Wiem, jakie w twym sercu
Ból otworzył rany,
Kiedy mąż Twój został
Zmobilizowany.

Wiem, że były chwile,
Gdy Ci głód doskwierał,
Znam ból Twego serca,
Gdy Ci syn umierał.

Sama, w obcym kraju,
Bez wsparcia rodziny,
Wkręcona w radzieckie
Tryby zła, maszyny.

Z dzieckiem, co wymaga
Stałego karania,
Bo sprostać nie może
Normom wychowania.

Podziwiam Cię szczerze,
Bez cienia obłudy,
Twój hart, siłę ducha,
Że zniosłaś te trudy.

Nic Ci dziś nie dadzą
Moje przeprosiny,
Za głupie wybryki,
Za szczeniackie czyny.

Wiem jedno, że dzisiaj
Nie mam już zagadki
W czczonych przez poetów
Słowach „serce matki”.
Wigilia Sybiraków
Każdy co roku spędza wigilię
W gronie rodziny, wśród jadła smaków.
Ale to nie są te wielkie chwile,
Jak na wigilię wśród Sybiraków.

To potomkowie Polesia, Lwowa,
I Nowogródka i Wileńszczyzny,
Wołynia, Podola, Stanisławowa,
Wracają myślą do ojcowizny.

Tu się splatają różne kultury,
Różne tradycje i obyczaje,
W oczekiwaniu na tego, który
Przyjściem swym trochę nadziei daje.

Nadzieja owa była opłatkiem,
Tam, gdzie za jadło starczał różaniec.
Była jedynym możliwym spadkiem
Jaki zostawiał zmarły zesłaniec.

Tam czas narodzin Syna Bożego
Był specyficzną tradycji formą.
Oczekiwanie na przyjście Jego
Czczono zwiększoną na „zwałce” normą.

Tam istniał pakiet kar i zakazów.
Zakaz modlitwy lub posiadania
Symboli wiary (Świętych obrazów),
Bezwzględny zakaz kolędowania.

Zakaz przeżycia i posiadania,
W każdej ilości (pod groźbą kary)
Uczuć nadziei, własnego zdania,
Rozmowy w grupach, powrotu wiary.

Tu już nie dzielą zakazów druty
Tych z Kazachstanu czy z Krasnojarska,
Nowosybirska, Komi, Workuty,
Omska, Irkucka lub Krasnodarska.

Dziś tu i teraz, ówczesne dzieci,
Dzieci Sybiru, choć z siwym włosem,
Już wyzwolone z nakazów sieci,
Kolędy pełnym śpiewają głosem.

To wielka chwila, po tym, co było,
Widzieć kapłana z opłatkiem w ręce,
Który jak ojciec, powagi siłą,
Łamie opłatek Bogu w podzięce.

Za to, że teraz, tutaj, w tej sali,
Jesteśmy jedną wielką rodziną,
Żeśmy w nadziei jednak wytrwali
Z Marią, Józefem i ich Dzieciną.

Dlatego łamiąc z nami opłatek,
Jest absolutnym chwili nakazem
Czuć się szczęśliwym, nie liczyć latek,
By za rok znowu spotkać się razem.
Msza Sybiraków
Wejście

Zabrzmiał dźwięk dzwonka, znak Mszy początek.
Wchodzą sztandary spod różnych znaków,
Służba kościelna, kilku kapłanów,
W tle delikatna pieśń Sybiraków.

U stóp ołtarza cieniem się kładzie
Największa w dziejach cierpień mennica.
Tak się co roku nam przypomina
Pierwszej wywózki n-ta rocznica.

W jeden poranek milionom ludzi
Został złamany kręgosłup wiary.
Wiary w człowieka, godność i honor,
Że być nie może bez winy kary.

W jeden poranek, milionom ludzi
Z ziem Ukrainy, Litwy, Podola,
Bez pól bitewnych, ruchu oporu,
Została dana długa niewola.

W jeden poranek, miliony rodzin
Straciły życia dorobek cały.
Kiedy okupant, bijąc w drzwi kolbą,
Łamał opory oddając strzały.

Zwiezionych sańmi na boczne tory,
W jeden poranek, ludzi miliony,
Ubito ciasno siłą bagnetów
W brudne, bydlęce zimne wagony.

Msza katechumenów

Katechumenów Msza rozpoczęta
Z udziałem siwych głów w epistole.
Kapłan w homilii zaś przypomina
Niewiarygodną zesłańców dolę.

Przybliża wiernym bezsporne fakty,
Jak tygodniami w smrodzie i brudzie,
Głodni, spragnieni, bez mydła, wody,
Z wszami w tysiącach przetrwali ludzie.

Jak na żądanie światła i wody
Szparę w okienku oddrutowano.
Spełniając prośbę, wpuszczonym wężem,
Przy silnym mrozie, jadących zlano.

Jak młoda matka, kiedy owite
Jej zmarłe dziecko, zabrano siłą,
Rzucając w bezkres. Skoczyła za nim.
Padł strzał. Śnieg był ich wspólną mogiłą.

Jak nastolatka truła się moczem,
Bo się wstydziła kucać na dziurze.
Jak wyrzucano z wagonów trupy,
Pozostawiając pogrzeb naturze.

Jak po pięćdziesiąt wiorst w jedną dobę
Gnano skazanych w śmierci obozy.
Potem na lorach wieziono w deszczu,
By w końcu w mrozie odbyć marsz grozy.

Msza wiernych

Msza Święta wiernych – orane fratrem.
Dzieci Sybiru już drżącą ręką
Wino, oliwę, chleb i owoce
Bogu na ołtarz niosą w podzięce.

Za czas przetrwania w sferze niebytu,
W mrozach Syberii, pustyni żarach,
W łagrach, więzieniach, okowach zbrodni,
Obcując z życiem w śmierci oparach.

Za zdechłe konie, ochłapy których
Były odrębnym sporów tematem,
Kiedy szarpiących ludzi padlinę,
Dozorca chłostał po plecach batem.

Za kłosy zboża, zgniłe ziemniaki,
Skrycie zbierane z pola po zbiorze,
Że stróż nie nakrył, że nie odebrał
I, że nie wdeptał butem w podłoże.

Za sierocińce, w których ratunku
Szukała matka dla swojego dziecka
I, że je Polsce, choć z oporami,
Oddała później władza radziecka.

Za dobrych ludzi spotkanych w piekle,
Którym zły reżim nie skalał duszy.
Którzy swe życie kładli na szalę,
By zaoszczędzić innym katuszy.

Pokój Pański

Pax Domini sit semper vobiscum
Kapłan chleb łamie - znak pojednania,
A przed oczami, w myślach się jawią,
Straszne obrazy czasu zasłania.

Jak się pojednać z hersztem tyranów,
Który rozkazał zgładzić miliony?
Ojca rozstrzelać, matkę zagłodzić?
Z dzieci szkieletów zrobić szwadrony.

Jak się pogodzić z „marszrutą śmierci”
Drogą od Mińska do Ihumenia?
Z tezą, że ziemia, po której przeszli
Nie wymagała już nawożenia.

Jak podać rękę sługom systemu?
Tak intensywnie grzebiącym ludzi,
Że jeden człowiek ponad pół roku
Trumien zbijaniem tylko się trudził.

Jak się pojednać z sędziną – matce,
Która nad chorą córką czuwała?
Przyszła do pracy później. Więc areszt.
Areszt odbyła. Córka skonała.

Jak się pojednać z tym, który każe
Orać będące pola ugorem,
A małym dzieciom, przez kilka nocy
Z łuczywem w ręce biec przed traktorem?

Błogosławieństwo

Benedicat vos… Czyniąc znak krzyża
Kapłan w tych słowach daje przesłanie.
Niech rzesza zmarłych w sidłach Sybiru
Na jedną chwilę z martwych powstanie.

Ci z kopalń węgla, cynku, uranu,
Grzebani w wspólnym, ukrytym grobie.
Ci zmarli w celach, którzy nie zmieniać
Obywatelstwa, przyrzekali sobie.

Babcie, umarłe śmiercią głodową,
Oddając wnukom swój chleb z przydziału.
Dziadkowie, zbici w więziennych celach
Za próbę brania w buncie udziału.

Matki, karmiące już duże dzieci,
Mlekiem swych piersi, istne szkielety.
Ojcowie, skuci w spławie belami
Dochodząc w bólach do życia mety.

Dzieci wypadłe z sań przy transporcie,
W nocy przez wilki żywcem szarpane.
Całe rodziny zmarłe w chorobie,
Którym głód przeżyć nie było dane.

Ci bezimienni w setkach, tysiącach,
Bez śmierci znanej, miejsca i daty.
Ci z pustyń, stepów i spod bieguna
Chowani często w grobach na raty.

Zakończenie

Ite, missa est- Msza zakończona.
Wychodzą poczty, kapłan i wierni.
Zostają tylko smutne refleksje,
Wspomnień fragmenty, w kolorze czerni.

Dziecko, któremu postać tatusia,
Była postacią z marzeń wysnutą.
Gdy się rodziło, on już umierał.
Dzieje kreślone żałosna nutą.

Dwu-nastolatki, które porwane
Przez klan Uzbeków, z użyciem siły,
Nie mogły z matką wrócić do kraju,
Bo dla Uzbeków dzieci rodziły.

Dziadka z wywózki lat pięćdziesiątych,
Który, po nagłej śmierci Stalina,
Dwa dni przed własną rzekł z satysfakcją
„Jednak przeżyłem ja s…..na”

I, że co roku coraz to mniejsza
Brać Sybiracka „idźcie” już słyszy.
Za kilkanaście lat już być może
Słowa te padną w zupełnej ciszy.

Za kilkanaście lat już być może
Staną na chwilę życia zegary,
Żeby przepuścić w skłonach żałoby
Osierocone z ludzi sztandary.